Wietnam dzień 1 – pięć słów, które opisują Hanoi

Chaos. To pierwsze słowo, które przyszło mi do głowy, gdy wjechałam do Hanoi. Ale zanim Wietnam, to jeszcze dość długa, bo 24-godzinna podróż. Białystok-Warszawa-Dubaj-Birma i w końcu cel osiągnięty. No prawie. Bo jeszcze trzeba dostać się do  miasta.

Lotnisko Noi Bai Hanoi położone jest od Hanoi 45 kilometrów, a wydostać się z niego i dojechać do centrum miasta można na kilka sposobów. Oczywiście już w informacji turystycznej zostałam poinformowana, ze absolutnie najlepszym środkiem transportu, za JEDYNE 25$ jest taksówka. Tak, spektakularnie dobra oferta, codziennie niskie ceny, ja jednak podziękowałam. Z dwójką podróżników/turystów/backpackersów z Holandii (Where are you from? Poland? Holland? Poland?) pojechaliśmy na terminal nr 1 (shuttle bus odjeżdża sprzed kolumny nr 18), a następnie za 30 000 VND (czyli jakieś 5 zł.) po kolejnych 40 minutach dotarliśmy do Old Quarter, w której są nasze hostele. Z lotniska można dojechać również transportem publicznym – autobusem nr 17, ale po pierwsze jedzie on dużo dłużej, po drugie wcale nie zawsze jest tańszy.

Skutery – drugie słowo, które wiedziałam, że nierozerwalnie wiąże się z Wietnamem. W samym Hanoi jest ich podobno 4 miliony. To ciekawe, bo jestem prawie pewna, że w ciągu pierwszych kilkunastu minut widziałam ich z 10 milionów. Na skuterze można przewieźć wszystko i wszystkich: dwoje dzieci i trzy pasy (jednocześnie)? Proszę bardzo. Okno? A czemu by nie? Szafa gdańska z lustrem, toaletką, skrzynką na węgiel i wyjściem na ogródek – też się zmieści. Szczerze wątpię, że jest coś, czego wprawiony kierowca skutera nie dałby rady przewieźć. Pieszy jest oczywiście najniżej w hierarchii. Masz odwagę to idziesz. Nie masz – uschniesz na chodniku.

Hałas – dochodzi z zewsząd. Z ust milionów ludzi – turystów, sprzedawców starających się namówić Cię do kupienia czegoś w „najlepszej” cenie, z ulicy. Trąbienie jest tutaj w dobrym guście. Kto nie trąbi, ten z policji. Zbliżasz się do skrzyżowania? Trąbisz. Zmieniasz pas ruchu? Też trąbisz. A w „międzyczasie” trąbisz, bo już dawno nie trąbiłeś.A najdziwniejsze jest to, że ten hałas jeszcze mnie nie męczy. A przecież nienawidzę hałasu, głośne ulice męczą mnie po kilkunastu minutach, chaos zabiera energię Tutaj jest inaczej, choć teraz wciąż, po dwóch dniach, czuję się jeszcze trochę zagubiona.

Zapach i smak – a raczej mieszanka zapachów. Zapachy jak dźwięk, dochodzą zewsząd. Oczywiście – nie zawsze przyjemne – wysoka temperatura, wilgoć plus… chciałam powiedzieć „dyskusyjna” czystość, ale tu nie ma o czym dyskutować. Nie wiem, jeszcze, jak w innych dzielnicach, ale w Old Quarter jest po prostu brudno. Daleko oczywiście do brudu slumsów, ale polski sanepid miałby używanie. Zatem temperatura, wilgoć i brud, to ta nieprzyjemna warstwa zapachowa, którą poczułam w trakcie pierwszego spaceru do hostelu, ale i za każdym kolejnym razem. Zapach benzyny, oleju, przy takiej ilości pojazdów też nie dziwi. I w końcu zapach jedzenia. Wydobywającego się z restauracji, barów, knajp, czy od ulicznych sprzedawców. A tych jest bardzo dużo. Do tego uliczne jedzenie w Hanoi jest przepyszne. Co kilka metrów można zamówić świetną zupę pho bo (z wołowiną), pho ga (z kurczakiem), grilowaną karkówkę, sałatkę z zielonej papai, bánh cuốn (ryż z wieprzowiną, grzybami, szalotką), springrollsy (w Polsce nazywane sajgonkami), lekkiego piwa bia hoi czy wielu innych.

Na spotkanie z wietnamskimi smakami czekałam od wielu miesięcy. Więc kiedy w końcu zmęczona, spocona dotarłam w końcu do hostelu, zrzuciłam tylko plecak i pobiegłam jeść. Jedno w knajpce, a raczej przed nią. Podejścia były dwa – jedno całkiem udane, drugie wprost przeciwnie, więc jak na początek też nieźle

W końcu powrót do hostelu, prysznic nad toaletą (wybierając jeden z najtańszych hosteli w Hanoi nie można mieć dużych wymagań) i spać. Jest chłodniej. Chłodno. Zimno wręcz, bo czego, jak czego, ale na klimatyzacji tutaj nie oszczędzają. Ciszej natomiast nie jest, może nawet wprost przeciwnie. Ktoś trąbki, ktoś porcjuje kurze nóżki, ktoś śpiewa. Ktosiów za oknem jest dużo. Każdy wydaje dźwięk. Zatyczki do uszu po raz kolejny uratują mój sen. Zasypiając myślę, że rano na pewno będzie ciszej… o naiwności… Rano przekonam się, że cicho nie jest nigdy. A zapachy przedostają się z ulicy przez okna. Nawet, gdy są zamknięte.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *